DAMSKIE,  sukienki

Sukienka do (nieoczekiwanych) zadań specjalnych

W tym sezonie uszyłam sobie całe dwie sukienki na lato. Tak, dwie. Jedną, tę różową, już pokazałam, teraz zaś wreszcie mogę wrócić do tej, która powstała jako pierwsza. Nie oszukujmy się jednak, że była mi ona jakoś specjalnie potrzebna, że nie szyjąc jej, czułabym jakiś brak. W zeszłym sezonie w końcu zaszalałam, przez najbliższe trzy mogłabym więc nie zajmować się kieckami wcale. Ale ja się, moi mili, umówiłam z moimi koleżankami od wesołych tiktokowych akcji, a skoro się umówiłam (a trzeba wiedzieć, że ja bardzo słowny człowiek jestem), to należało się z zadania wywiązać. Znowu bowiem postanowiłyśmy coś uszyć i te nasze nowości pokazać światu w innym niż fotograficzne wydaniu. Sukienka miała być letnia i to właściwie było jedyne nasze kryterium.

Mając takie pole to zabawy, wyjątkowo łatwo przyszło mi podjąć decyzję o tym, co uszyję. Jeszcze w zeszłym roku kupiłam sobie piękny haftowany batyst na sukienkę. Swoje odleżał, więc bez wahania wyjęłam go z półki i równie pewnie przystąpiłam do realizacji. Sukienka miała być najprostsza z możliwych, by nie zepsuć tych 80% urody, którą już miała już w fazie planowania dzięki tkaninie. Wzięłam więc na warsztat dobrze znany sobie wykrój, acz nie obeszło się bez drobnych zmian. Pogłębiłam nieco dekolt z przodu i tyłu i wymyśliłam sobie nieco inne wiązanie na ramionach. Sukienkę zaś skróciłam, tak by sięgała dobrze za kolanko. A że to fason prosty i nieprzewidujący pułapek, całość uszyłam bardzo sprawnie.

Znacznie za to trudniej tym razem było ogarnąć zdjęcia. No nie szło nam zupełnie i podejść robiliśmy kilka. A to za jasno, a to komary bezlitośnie po kostkach nas cięły. I jeszcze ten gorąc. Nie żebym narzekała, ale czasami, dosłownie na chwilę, mógłby zelżeć, bo czuję, jak wraz z nim, w powietrzu unosi się żądza mordu emitowana przez mojego męża. Skoro już jednak deadline w postaci ustalonej daty publikacji zbliżył się nieuchronnie, nie było zmiłuj i trzeba było te foty ustrzelić. Wyszykowałam się zatem, sukienkę przywdziałam, ale nim to się zadziało, załadowałam jeszcze samochód odpadami poremontowymi, które wreszcie postanowiłam posprzątać. Taki impuls mnie do tego popchnął, no. I te odpady mieliśmy zawieźć przed zdjęciami do punktu odbioru. Tak też zrobiliśmy, tyle że na miejscu okazało się, że musimy jeszcze posortować je sami i powrzucać do odpowiednich kontenerów. Wysypując niebieską fugę z opakowania do kontenera na gruz, żywiłam głęboką nadzieję, że wiatr nie zawieje akurat nieoczekiwanie w nieodpowiednim kierunku, to jest moim, i zostawi mi tę sukienkę w jej pierwotnym kolorze. Bo ja taka odpicowana do tego punktu się wybrałam. Zdecydowanie musiałam się wyróżniać na tle pozostałych interesantów. Ostatecznie fuga trafiła tam, gdzie trzeba, a nam udało się dopstrykać jeszcze kilka zdjęć.

Metryczka:

komentarze 2

  • Szyję...bo kocham i potrafię

    Kasiu nie ma co narzekać, że to jakaś nadprogramowa sztuka odzienia, bo ja sobie teraz nie wyobrażam jak można by było takiej kiecki na lato nie mieć 😁😍 Jest przecudowna, wspaniała tkanina i ten piekny granat 💙 Fason idealnie dobrałaś, bo urzekajacy i bardzo dziewczęcy. Sumując jak to mówią, cud-miód 🥰

    • Kasia

      Nadprogramowa czy nie, okazało się, że jest bardzo użyteczna, bo często ją na siebie wkładam i noszę z radością. Widocznie jednak była mi bardzo potrzebna 😁. Bardzo się cieszę, że sukienka znalazła Twoje uznanie. Dziękuję! 💙

Skomentuj Szyję...bo kocham i potrafię Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *