bluzki/koszule,  DAMSKIE,  spodnie

Cała w bieli – koszula z krytym zapięciem i spodnie cygaretki

W centrum miasta bywam sporadycznie i od wielkiego dzwonu, bo i spraw, które miałyby mnie z nim łączyć w zasadzie nie mam. Mieszkam sobie na tych moich obrzeżach i to jest trochę tak, że to wciąż przecież miasto, duże w dodatku, ale że w zasadzie wszystko mam na wyciągnięcie ręki, to się tak kręcę wciąż po tych samych miejscach, załatwiam sobie te moje sprawunki i wcale nic a nic tej wielkomiejskości nie czuję. I ludzi też jakoś wokół wcale nie tak dużo, zwłaszcza że staram się załatwiać to wszystko, co mam do załatwienia, raczej poza godzinami szczytu, żeby tłoków uniknąć, stania w kolejkach i pośpiechu także, który jednak jest dość mocno wtedy odczuwalny.

No ale czasem jednak udać się poza granice własnego osiedla, a nawet i dzielnicy trzeba, a wtedy to zdarza się, że czuję jakbym miała przeżyć przygodę życia. Albo przynajmniej czuję w kościach, że czeka mnie nie lada rozrywka, a śmiechom przy opowiadaniu, co mi się przytrafiło, nie będzie końca. Tak było, gdy spieszyłam się do pociągu i wpadłam w szczelinę pomiędzy peronem a wagonem (wcale nie tak łatwo się wydostać, kiedy nie można zgiąć kolan), tak było i wtedy, gdy chciałam zdążyć do autobusu, ale odbiłam się od zamkniętych drzwi, robiąc przy tym elegancki szpagat i zdzierając kolano. Okazuje się, że pośpiech i komunikacja miejska to nie jest dobre połączenie, ale o ile wyjdzie się z tego cało, to można później anegdotami zabawiać towarzystwo na wszystkich imprezach w sezonie.

Ostatnio, kiedy musiałam udać się na wyprawę w miasto, nic tak szalonego mi się przytrafiło (i wolę nawet nie sprawdzać, ile mi jeszcze szczęścia zostało do wychodzenia cało z takich sytuacji), co nie znaczy, że poszło mi tak zupełnie gładko (teraz to ja się w ogóle zastanawiam, jak ja przetrwałam codzienne dojazdy do biura). Bo ze mną to jest tak – w lesie się odnajdę, w plątaninie ulic tym bardziej, ale jak mnie wpuścić pod ziemię albo zgasić światło, to zupełnie głupieję. Nie inaczej było tym razem, gdy część podróży musiałam odbyć metrem. Dodam tylko, że nawet na stacji, na której  zwykle kiedyś wysiadałam, ogarniałam tylko jedną trasę, a jak potrzebowałam się dostać w inną część skrzyżowania, to czasem trafiałam, a czasem nie. Tym razem zagnało mnie w okolice Ronda ONZ. Wysiadłam z pociągu, na spokojnie stanęłam na peronie, przeanalizowałam znaki i informacje i ruszyłam przed siebie. Zdało się to dokładnie na nic, bo zaraz droga skręciła gdzieś, gdzie się nie spodziewałam i dylemat, którędy pójść, wrócił. Zdałam się na intuicję, wychynęłam w końcu z podziemi, a gdy stanęłam już na górze, rozejrzałam się, pacnęłam w czoło i na głos zrezygnowanym tonem powiedziałam sobie, że znowu źle wyszłam. Na to jakaś mijająca mnie kobieta zaczęła się śmiać, ja zaś obróciłam się na pięcie i, dawaj po schodach, podjęłam kolejną próbę.

Pomijając już całą tę sytuację z próbą wydostania się z podziemi, przypomniało mi się, że o ile podróż komunikacją nigdy nie była dla mnie super przeżyciem, to lubiłam sobie popatrzeć na ludzi wokół. Na ludzi, ubrania, szczegóły – coś, co przyciągało moją uwagę. Czasem był to źle wszyty rękaw, niekiedy jakiś oryginalny detal ubioru, a bywało, że niby zwyczajnie ubrana osoba, ale mająca w sobie jakiś magnetyzm czy coś, że po prostu nie szło od niej oderwać wzroku. Jakąś taką pewność siebie. Nie wiem, jak to się robi, żeby takie wrażenie sprawiać, czy to się człowiek z tym rodzi, czy tego uczy, ale ja na przykład wiem, że kiedy włożę coś, w czym dobrze się czuję, nic mnie nie ciśnie, nie skręca się i nie wyłazi tam, gdzie sobie tego nie życzę, to nawet plama na bluzce czy ślady czekolady na brodzie nie są w stanie mnie zbić z tropu. To znaczy idę przez świat (ewentualnie przed siebie) pewnym krokiem, skupiona, na celu, a nie że przemykam chyłkiem co chwilę majstrując tu i ówdzie, bo mnie dręczy jakiś kawałek materiału.

Okropniście się rozpisałam, a chciałam tak naprawdę tylko dać znać, że uszyłam sobie białą koszulę i spodnie. Kiedyś koszule, zwłaszcza bawełniane, takie lekko sztywniejsze, bardziej formalne w kroju i stonowanej kolorystyce, kojarzyły mi się z ubraniem typowo do pracy w biurze. Dziś nie wyobrażam sobie bez nich mojej codzienności. W koszuli, niezależnie od okazji, zawsze czuję się dobrze, wygodnie i komfortowo. Zwłaszcza gdy guzik, ten poniżej dekoltu, znajduje się na odpowiedniej wysokości, dzięki czemu zapięcie w tym newralgicznym miejscu się nie rozłazi, nawet w szerszych fasonach, a z czym mierzyłam się nieustannie, gdy koszul jeszcze nie szyłam, a kupowałam. Tę akurat wybrałam, bo spodobały mi się ciekawe i oryginalne zakładki na rękawach przy mankietach. Spodnie też uszyłam, tym razem jednak jako alternatywę dla innych białych spodni, które mam, a do których w ogóle nie pasują mi obszerne góry. Są dość mocno dopasowane, ale nie ciasne, choć rajstopy pod spodem – te rajty to moja zmora – nie pomogły w najlepszym ich ułożeniu się na odnóżach (tak, to były jeszcze te pierońsko zimnie dni, a ja już bardzo chciałam mieć jakieś nowe zdjęcia). Bez rajstop jest znacznie lepiej, co pewnie jeszcze nie raz uda się pokazać. A tak w ogóle to ja wiem, że białe spodnie są bardzo niepraktyczne, ale biel tak bardzo kojarzy mi się z wiosną i latem, że nie mogłam sobie odmówić. A poza tym to światło tak mocno się odbija od białych rzeczy, że nawet jak się gdzieś tam upapram trochę, to pewnie tego nie będzie widać.

Metryczka:

  • Koszula: Burda 3/2019 model 113 A
    • Rozmiar: 38
    • Materiał: tkanina bawełniana typowo koszulowa, kupiona stacjonarnie
    • Modyfikacje: poszerzyłam listwę zapięcia i zmodyfikowałam ją tak, żeby otrzymać kryte zapięcie na guziki; zrobiłam asymetryczny dół – przód skróciłam o 5 cm, a tył o tyle wydłużyłam, żeby dupka była zakryta.
  • Spodnie: Burda 3/2019 model 105
    • Rozmiar: 40
    • Materiały: tkanina jaguar ze sklepu Textilmar; trochę podszewki w cielistym kolorze na worki kieszeni
    • Modyfikacje: szyłam już ten model, z dokładnie tej samej tkaniny, więc wiedziałam, że pewne poprawki należy wprowadzić – skróciłam podkrój z przodu, zwęziłam spodnie w pasie i wydłużyłam nogawki o 4 cm, ponieważ poprzednie okazały się za krótkie i musiałam kombinować z odszyciami na dole, żeby tej długości im trochę dodać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.